Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Strona główna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Strona główna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 kwietnia 2026

Jolanta Bartoś – „Tenebris 3. Cień” [PATRONAT MEDIALNY]]

 



Autor: Jolanta Bartoś

TYTUŁ: „Tenebris 3. Cień"

WYDAWNICTWO Literackie Białe Pióro

ROK WYDANIA 2026

LICZBA STRON: 260


Jeszcze nie ochłonęłam z wrażeń po „Tenebris 2. Córka mordercy”, a już pojawiła się trzecia część – „Tenebris 3. Cień”. 

Każdą powieść najpierw oglądam – patrzę na okładkę i zastanawiam się, jak bardzo będzie ona pasować do treści. Porzucona torebka, telefon, gdzieś w śniegu na torach, daje do myślenia. Może ktoś to zgubił? Porzucił? Ukradł? Coś się wydarzy, tylko co to będzie? Możesz się przekonać, czytając książkę.

Jedno jest pewne, to już jest koniec. Więcej nie będzie. To ostatni tom, który wyjaśnia wszystko, rozwiązuje tajemnice, łączy przeszłość z teraźniejszością. To w tej części poznasz w końcu, kim jest Cień. Co to za jeden? Co nim kieruje?

W „Tenebris 3. Cień” spotykamy naszych dobrych znajomych – Martę, podkomisarza Adama Zmyślonego, panią prokurator Ewę Szczęsną, Wojtusia, Zuzię i wiele innych znanych już nam postaci. Każdy będzie miał tutaj swoją rolę do odegrania. 

Tym razem nie zdradzę Ci treści, bo zbyt wiele bym odkryła. Napiszę tylko, iż już w pierwszym rozdziale, poczułam się, jakby ktoś zdzielił mi w głowę. No jak to tak? Dlaczego? To lekka przesada ze strony Autorki, tak się nie robi... Jednak stało się, nie ma już odwrotu. Przed Adamem Zmyślonym ciężka przeprawa – z jednej strony, rozwiązanie zagadki kolejnej śmierci, z drugiej strony walka o syna Marty – Wojtusia. Dwie osoby walczą o dobro dziecka, kto wygra? Na jaw wychodzą sprawy z przeszłości. Poznajemy bliżej życie Marty z Robertem. Dowiadujemy się, kim on był, co robił i jak to bardzo odbiło się na teraźniejszości. Nie zapominajmy też o tajemniczym Cieniu. On nie zniknie, on czeka, aby zadać ostateczny cios. Czy mu się to uda? Czy może zostanie zdemaskowany? 

Czytałam tę część z wypiekami na twarzy. Już  pierwsze zdania z Prologu wbijają w fotel i dają do myślenia:

„Nienawiść jest jak cień, który nie potrzebuje światła, by istnieć. Rodzi się cicho w zakamarkach duszy, gdzie kiedyś mieszkała nadzieja. Nie krzyczy od razu. Najpierw szepcze”.

Dalej jest jeszcze ciekawiej. Emocje buzują, sięgają zenitu. Dynamiczna intryga splata przeszłość z teraźniejszością, trzyma w napięciu, nie pozwalając złapać oddechu. Różne myśli krążą po głowie, rozum szuka rozwiązania zagadek, ale nie zawsze je odnajduje, bo Autorka jest mistrzynią w intrygach, ciężko niekiedy nadążyć za jej tokiem myślenia. Potrafi tak zmanipulować czytelnika, że to, co wydaje Ci się oczywiste, wcale takie nie jest. Szkoda tylko, że ta ostatnia strona nadchodzi tak szybko i trzeba się rozstać ze wspaniałe wykreowanymi bohaterami. Przez te trzy części zdążyłam się z nimi bardzo zżyć. Co prawda nie wszystkich polubiłam, niektórzy mnie bardzo denerwowali, ale to akurat bardzo dobrze. Nie może być za słodko. Życie ma różne oblicza... i Autorka je tutaj wspaniałe ukazuje.

Ja ze swej strony polecam Wam tę powieść z całego serca. Pamiętaj, aby zacząć czytać od pierwszego tomu, bo wtedy wszystkie wątki po kolei odkryją się przed tobą, a w ostatnim tomie wszystko pięknie się połączy i wyjaśni. 

Przeczytaj, a później podziel się wrażeniami z lektury. 


Za możliwość przeczytania, zrecenzowania i objęcia patronatem medialnym dziękuję Autorce – Jolancie Bartoś oraz Wydawnictwu









niedziela, 16 listopada 2025

Sabat – Łowca Czarownic.

Sabat - Łowca Czarownic




Melissanna z dumą spojrzała na przygotowane zaproszenia, które poleciła wysłać swojemu zaufanemu kamerdynerowi. Ostatnie wysłała specjalną sową do Violande.

„Moje drogie! Zbliża się nasze święto. Podobnie, jak w poprzednich latach chcę, abyście wstawiły się dnia 16 listopada 2025 r. o godz. 16:00 w Hotelu Marzenie. Spotkanie odbędzie się w Komnacie Różanej, do której drogę wskaże Wam kamerdyner Franciszek. Obowiązuje Was tajemnica, o miejscu spotkania nie wolno Wam nikogo informować. Przybywajcie i bawcie się dobrze”.

Odetchnęła z ulgą. W tym roku postanowiła nie zamykać hotelu, bo wywoływało to niezdrowe zainteresowanie, zwłaszcza przedziwnych magicznych istot, z którymi musiały walczyć poprzedniego roku. Tym razem hotel miał być pełen gości, bo chroniły go przeróżne wiedźmowe talizmany. Na dodatek Violande sama postanowiła przygotować wystrój sali.

W głębi starego hotelu, za drzwiami obitymi karmazynowym aksamitem, rozciągała się Komnata Różana — miejsce, gdzie czas zdawał się zatrzymać, a powietrze pulsowało od niewypowiedzianych zaklęć. Ściany pokrywały tapiserie utkane z jedwabiu w odcieniach burgundy i purpury, przetykane złotą nicią, która lśniła w blasku setek świec rozstawionych w misternych kandelabrach.

Z sufitu zwisały girlandy z żywych róż — krwistoczerwonych, czarnych jak noc i bladoróżowych niczym poranna mgła. Ich zapach był gęsty, niemal narkotyczny, wypełniał każdy zakamarek pomieszczenia, drażniąc zmysły i budząc wspomnienia, których nikt nie chciał przywoływać. Podłoga z ciemnego drewna skrzypiała cicho pod stopami, jakby szeptała tajemnice dawnych rytuałów.

Na środku komnaty stał okrągły stół z czarnego marmuru, wokół którego ustawiono wysokie krzesła obite welurem. Na blacie leżały księgi o popękanych grzbietach, fiolki z eliksirami o niepokojących barwach i misternie rzeźbione figurki przedstawiające nieznane bóstwa. W kącie, za zasłoną z koronek, czekał pentagram wyrysowany kredą, otoczony różami, których płatki zdawały się drżeć w oczekiwaniu.

To tutaj, w tej komnacie przesyconej pięknem i grozą, miały spotkać się one — strażniczki tajemnicy, kapłanki nocy. Sabat miał się rozpocząć, a róże, świadkowie pradawnych obrzędów, znów miały zakwitnąć krwią i magią.

Jako pierwsza w Hotelu Marzenie zjawiła się Evanora. Od razu zrozumiała, że większość gości to normalni ludzie, których nie musi się obawiać, ale nie może też w ich obecności używać czarów. Jednak pomimo tego poczuła jakiś niepokój, który wciskał się w jej wnętrzności i trawił od środka. Zatrzymała się, przy okazji wyjęła swój talizman. Przez moment ważyła go w dłoni, jakby zastanawiała się, czy nie zwróci niczyjej uwagi, ale przyjmując lekki ton, zajęła recepcjonistkę rozmową i szybkim ruchem założyła naszyjnik w kształcie liczby  trzynaście. 

- Trochę dziś gości w hotelu – powiedziała, odwracając się niby z ciekawością, ale dokładnie przyglądała się obecnym w hotelu.

- Tak. Po tym, jak hotel został odnowiony w ubiegłym roku, mamy niemal cały czas komplet. – Uśmiechnęła się kobieta.

W tym momencie drzwi wejściowe otwarły się i oczy wszystkich zwróciły się na piękną kobietę, która siłowała się ze swoją walizką.

- Och Edwino! – Evanora podeszła do przyjaciółki i pomogła jej ciągnąć wypakowany bagaż. – Wyczuwam niebezpieczeństwo – szepnęła do Edwiny.

Ta lekko speszona rozejrzała się po holu, zahaczając okiem na otwarte drzwi do przestronnej restauracji, w której goście lubili spędzać czas. Niemal natychmiast sięgnęła do kieszeni po małą buteleczkę. Korzystając z chwilowego zamieszania, dosypała ziół i zamieszała. Eliksir na odwagę, bo wśród obcych czuła się nieśmiała. Zdążyła wypić nim Evanora zareagowała. Teraz patrzyła bezradna, jak jej przyjaciółka przechadza się wśród gości, podając każdemu rękę i dopytując, skąd jest i jaką ma moc. Edwina gada jak najęta i nie może przestać. Gardło już wyschło jej na wiór, język zdaje się kołkowaty, a usta puchną od gadulstwa i zaczyna wyglądać jak nadęta ropucha.

- Co robić? – Evanora myślała rozpaczliwie. Nie wolno jej przecież używać zaklęć przy zwykłych ludziach. Sięgnęła po szklankę, w którą szybko nalała wody i podbiegła do Edwiny, która wyczerpana nie umiała wypowiedzieć już ani słowa, choć usta wciąż się poruszały. 

- Łyknij to. – Pokazała na dłoni jakieś zioło i podała szklankę wody. Edwina zemdlała, a jej twarz wciąż była nabrzmiała.

- To uczulenie na różne zapachy – wyjaśniła Evanora. – Państwo tak pięknie pachniecie, a moja przyjaciółka ma nadpobudliwość. Niestety jak widać, gada do upadłego. 

Próbowała wyjaśnić sytuację, gdy dwaj kamerdynerzy już zajęli się zemdloną Edwiną, którą natychmiast przewieźli do pokoju, żeby odpoczęła.

- Dziwne to wszystko – rzekł Michał, spoglądając na swoją młodą żonę. – Nie słyszałam o takim uczuleniu.

- A ja tak. Zresztą i mnie mdli przy różnych zapachach. – Rysia nie widziała w tym nic dziwnego.

- Ty spodziewasz się dziecka, to normalne – odparł i nie przestawał przyglądać się nie tyle gościom, ile innym rzeczom, wyszukując znaków w postaci nagłego ochłodzenia powietrza, przeciągu przy zamkniętych drzwiach, czy migotania lamp w holu. Niestety wszystko trwało w niezmiennym spokoju, co tylko powodowało jego nerwowość. 

- Może trochę się przejdę? – zaproponowała Rysia – Mają tu taki piękny ogród.

- Wiesz, że nie powinnaś wychodzić sama? – spojrzał na nią lekko zirytowany.

- Och, co może mi się stać w ogrodzie? – zapytała lekkim tonem – Tam jest tyle kwiatów, chciałabym je obejrzeć.

- No dobrze. – Zgodził się szybko, bo przy recepcji pojawiły się dwie kolejne kobiety, które przyciągnęły jego uwagę.

Aitana spojrzała na towarzyszącą jej Hederę

- Ty też to czujesz? – zapytała

- Ale co? – Najwyraźniej Hedera była już myślami w innym czasie

- Przecież nie sardynki! – wściekła się Aitana – Swoją drogą nawet o nich nie wspominaj, bo Melissanna rzuci na nas urok smrodu speluny, o czym powinnaś doskonale pamiętać – szepnęła. – Chodzi mi o tę tajemniczą aurę. A właściwie taką dziwną, aż skóra cierpnie.

- Czy ja wiem? – zastanawiała się Hedera. – No może… może i masz rację – mruknęła, patrząc na gości.

- Masz jeszcze te talizmany z pola walki? – Aitana wciąż szeptała do przyjaciółki.

- Oczywiście. Yyyy… ale w szkatułce, w domu. – skrzywiła się, gdy uświadomiła sobie, że nie zabrała ich ze sobą.

- Jezuuu – Aitana warknęła podłamana. 

- No co sądziłam ze już nie będą nam potrzebne i wreszcie w spokoju będziemy mogły się upijać yyy w sensie tworzyć i delektować eliksirami. - burknęła Hedera. 

- Dobra nieważne, plan jest taki – kontynuowała Aitana - zmierzamy do kuchni, bo tam pewnie spotkamy większość. Idź lewą stroną, ja pójdę prawą. Bądź czujna i w razie potrzeby miauknij, nie możemy na oczach wszystkich użyć czarów, zwłaszcza że obecnie przebywają tu zwykli śmiertelnicy. Taki za Tobą nie pójdzie bo pomyśli żeś walnięta a demona zwabisz i cóż…wtedy będziemy się martwić…

Ruszyły przez restaurację, gdzie niemal każdy stolik był zajęty. Aitana sprawnie ominęła wszystkie stoliki i zatrzymała się przy barze, z którym były już tylko drzwi do kuchni. Spojrzała jeszcze na Hederę przeciskającą się przy oknach, czym wytworzyła niemałe zamieszanie. W pewnym momencie zamiauczała, niczym prawdziwa rasowa kotka. Oczy wszystkich zwróciły się na nią.

- Och, myślałam, że to mysz. – Hedera szybko pojęła, że zwraca na siebie zbyt dużą uwagę. 

Na słowo mysz, kilka kobiet podniosło się z piskiem, lecz Hedera schyliła się i spod długiej spódnicy, wyjęła zaplątaną w końcówkę materiału dziecięcą zabawkę na kółkach przypominającą żywą mysz. 

Gabiella, która właśnie zameldowała się w recepcji spojrzała w kierunku skąd dochodziło miauczenie. Stanęła na palcach, chcąc widzieć więcej, bo kilka pań wstało przerażonych. Zaraz wpadł jej do głowy pomysł, żeby namówić gości do udawania  surykatek – taka nowa zabawa, ale dobiegł ją rozbawiony głos Hedery.

- To jakiś łobuziak musiał się bawić. – Odetchnęła z ulgą i pośpieszyła do baru.

- Idziemy do pokojów – szepnęła Aitana. – Później ci wyjaśnię.

Och, jak dobrze – Odetchnęła Gabriella, bo już zamierzała  namówić kelnera, żeby upuścił tacę na któregoś klienta…

Chwilę później, gdy już emocje po panice wywołanej dziecięcą zabawką opadły w hotelu pojawiły się Drusilla i Marianna. Ta ostatnia opiekowała się domkiem dla pająków, więc jej bagaż był dość pokaźny. Czekały chwilę przy recepcji, zanim otrzymały klucze do swoich pokoi. 

- Och, Drusillo, ratuj. – jęknęła Marianna. – Tarantula uciekła. 

- Co? – Wiedźma zastanawiała się chwilę co robić. – Gdzie masz przysmaki dla swoich pupili? 

- Nie wiem, gdzieś na dnie bagażu.

Drusilla rozejrzała się, ale jej bagaż już został zabrany do jej pokoju.

- Biegnij, odszukaj mój pokój. W bocznej kieszeni walizki są ciasteczka, które ten łakomczuch uwielbia. Tylko szybko. Ja zajmę czymś gości. 

Drusilla wkroczyła do odnowionej restauracji i z podziwem przyglądała się wnętrzu. Dojrzała stary fortepian. Podeszła szybkim krokiem do instrumentu. Otworzyła i nadusiła kilka klawiszy. Dźwięk był czysty i piękny. Usiadła z gracją damy i zaczęła z niezwykłą precyzją przebierać palcami po klawiszach. Początkowo tylko cicho nuciła piosenkę, ale wkrótce ktoś z gości poprosił żeby śpiewała głośniej, więc już bez krępacji spełniła oczekiwania gości.

Marianna chciała niepostrzeżenie zniknąć. Nie mogła zwracać na siebie uwagi. Rozejrzała się nerwowo. Przy wejściu stał wieszak z płaszczami gości. Podeszła, sięgnęła po kapelusz i rozłożysty płaszcz i pobiegła do pokoju Drusilli.

Tymczasem Tarantula zwabiona głosem swojej dawnej opiekunki wdrapała się na jej suknię i zastygła w bezruchu udając wyjątkową broszkę.

Ale nie zdołały dotrzeć do swoich pokoi, bo już kamerdyner Franciszek dyskretnie skierował wszystkie wiedźmy do prywatnych pokoi Melissanny. 

- Kochane zaprosiłam Was do mojej komnaty, aby przekazać Wam ważną informację. – zaczęła z wolna gospodyni. - Uważajcie na siebie, w hotelu pojawił się łowca czarownic. Bądźcie czujne na każdym kroku, nie rzucajcie się zbytnio w oczy, nie odbiegajcie wyglądem od innych. Bądźcie ostrożne przy czarowaniu. Musimy go wyeliminować, aby nasz sabat toczył się spokojnie.

- Ale kim on jest? – Padały pytania.

- Tego nie wiem. Nazywa się Ezrael Cierń Płomienia. Choć oczywiście nie używa swojego imienia, a ja nie wiem nawet, jak wygląda. – westchnęła zrezygnowana Melissanna. – Poluje on na czarownice, bo uważa, że nasza moc wymknęła się spod kontroli, a on musi przywrócić równowagę między światem ludzi a tym co nie nazwane. 

- O Matko! Czy nigdy nie będzie nam dane świętować bez przeszkód? – westchnęła Drusilla.

- A gdzie Strelicjana? – Evanora zauważyła brak jednej z sióstr.

- Ach! To ten łowca! – Melissanna spuściła głowę. – Zranił ją, co prawda niegroźnie, ale chwilowo straciła wzrok. Nie wiem, czy przyjedzie na sabat w tym roku. 

- Więc co robimy? – Edwina już odzyskała równowagę i  była gotowa do walki.

- Kurde, kurde, kurde…. Kto to jest!!!  - myślała gorączkowo Aitana - Może to ten blondyn o błękitnych oczach? Swoim wyglądem Cherubina chce nas zmylić… nieeee to na pewno nie on. Nawet na nas nie zerknął. Hm jakby tu tego drania złowić. 

- Wiem! Dziewczyny!- krzyczy Aitana - wyjdę do ogrodu, sama. Będę żywą przynętą, no po prostu nie ma innej opcji! Wszędzie chodzimy minimum parami i to go hamuje.

- Zwariowałaś? - zapytała Hedera. - To totalnie szalony i samobójczy pomysł. 

- Haha takie lubię! – Aitana nie ustępuje. - A tak serio zaraz uwarzymy jakieś świństewko, które pozwoli Wam choć na chwilę stać się dla niego nie wyczuwalną, skryjecie się gdzieś i będziemy musiały liczyć na to że przynęta zadziała w czasie jego działania.

- A może zrobić jakiś wieczorek tematyczny dla gości? – zapytała Hedera. – Coś z motywem czarownic. Może wtedy się zdradzi i będziemy mogły go wyłapać?

Gabriella patrzyła ze strachem na swoje siostry.

- Ja chcę wracać do domu – pisnęła cichutko.

- Nie ma mowy! – zaprotestowała Melissanna. – Teraz poza hotelem najłatwiej będzie mu zaatakować. 

 - Każda z nas ma przypisany do daty urodzenia kamień który nas chroni. – Evanora sięgnęła dłonią do swoich kieszeni, które zdawały się nie mieć dna. Szybko zapytała Gabriellę o datę urodzenia i przy pomocy czarów zmieniła kamień w specjalny amulet. – Teraz nie musisz się już bać. Kamień daje odpowiednią ochronę, a poza tym obiecuję, że będę nad tobą czuwała.

- Mam fajny pomysł. - Edwina zbliżyła się do Gabrielli. - Dla zdenerwowania łowcy i dla jaj będziemy go zmieniały, co chwilę w inne postaci, żeby go zmylić, a na koniec dosypać mu do jedzenia środka na przeczyszczenie. Byłaby mega zabawa. Może w ten sposób pozbyłybyśmy się go z hotelu. – Widząc nieprzekonaną Gabriellę dodała - W zanadrzu miałam jeszcze na przekupienie gar pysznego, słodkiego kisielu, ale myślę, że na łowcę to nie podziała.

- Gabriello, uspokój się. – rzekła Drusilla - Melisanna nie po to powiedziała nam o łowcy, żebyśmy uciekały, tylko pilnowały się i nie zdradziły z tym, że jesteśmy czarownicami. Przecież potrafimy przez prawie cały rok być normalne, pracować, prowadzić dom, wychowywać dzieci, po prostu żyć. Weź się w garść. Bądź człowiekiem i dobrze się baw. Ten problem na pewno rozwiązać się da. 

- Dobrze mówisz ale ja tak się boję. – pisnęła Gabriella.

- Kochana ja też się boję ale uważam, że trzeba stawić czoło wszelkim trudnościom, a łowca chyba nie taki straszny. Jesteśmy piękne, wesołe i nie wyglądamy na czarownice, więc trzymaj się blisko mnie i będzie ok. – Spojrzała na stojącą tuż za nią Evanorę. – No i Evanora też ci pomoże.

***

Tymczasem Violande dostrzegła w pięknym hotelowym ogrodzie, który już zastygał w ostatnim jesiennym oddechu, spacerującą Rysionellę. Podeszła do młodej czarownicy, która po raz pierwszy miała przejść wtajemniczenie.

- Rysionello – Spojrzała na młodą wiedźmę, która była w dość zaawansowanej ciąży. – Zanim przekroczysz próg sabatu musimy porozmawiać. – Wskazała dłonią na alejkę, która była gęsto zarośnięta krzakami, co chroniło przed wzrokiem ciekawskich.

- Pani. – Rysionella znała wygląd królowej wiedźm, więc domyśliła się, że to ona i skłoniła się przed nią.

- Och, zostawmy te ceregiele – westchnęła Violande. – Nie mamy czasu na dyskusje, więc powiem wprost. Twój mąż jest łowcą czarownic. To on zranił jedną z nas, na szczęście niegroźnie, ale nie wiem jak to dalej się potoczy.

- Domyślałam się tego. – Westchnęła ciężko nowicjuszka.

- Nie możemy dopuścić, żeby skrzywdził którąkolwiek z sióstr.

- Będę go potajemnie obserwować, a w domu spróbuję go podpuścić i podpytać co sądzi o czarownicach, bo ostatnio czytałam ciekawy artykuł w gazecie. Spróbuję wybadać reakcje a także popytać różnych źródeł jak wyglądają te polowania i na ile mój mąż w nich uczestniczy. – zapewniła gorączkowo Rysionella.

- Twój mąż przyjechał tu w jednym celu. Chce zabić jak najwięcej czarownic. Nie możesz odkładać tego na później, bo jego los zdecyduje się tej nocy. Musisz podjąć decyzję, czy chcesz go ratować, czy oddać na pastwę siostrom wiedźmom.

- Chciałabym go ratować, ale jestem rozdarta. Czy jest jeszcze inne wyjście z sytuacji?

- Niestety nie. To ty podejmiesz decyzję, a właściwie będziesz musiała go przekonać, żeby zaprzestał krucjaty. Na razie nie możesz mu nic zdradzić.

- Ja go tak kocham i noszę jego dziecko. – W oczach Rysionelli pojawiły się łzy. Nie tego spodziewała się na sabacie.

***

Przyjęto, że pomysł Aitany będzie najlepszy. To ona będzie przynętą dla Ezraela. Miała być niby sama, ale cały czas pod pilną opieką sióstr. Marianna pobiegła do swojego pokoju, żeby zabezpieczyć swoich pupili – pająki. Gdy tylko wyszła na korytarz poczuła, że ktoś za nią idzie. Wyraźnie słyszała kroki i czuła oddech prześladowcy. Śpieszyła się, żeby dołączyć do Aitany, ale nie mogła ciągnąć za sobą tej osoby, tym bardziej, że nie wiedziała kim jest. Zauważyła otwarty pokój, zerknęła do środka. Nikogo nie było. W szafie wisiały ubrania. Pośpiesznie zarzuciła coś na siebie, zmieniła makijaż i wyszła pewna, że nikt jej nie rozpozna. 

Tymczasem Aitana rozmawiała z jakimś miłym gościem w holu, siostry pilnowały ją w ukryciu, gdy nagle Edwina zorientowała się, że nie ma wśród nich Marianny.

Szepnęła szybko do Drusilli, że zaraz wróci, poszuka tylko Marianny i pośpiesznie opuściła kawiarnię. Zaczęła biegać po hotelowych komnatach, szukać zagubionej siostry. Niestety nigdzie jej nie znalazła, więc postanowiła szybko wspomóc się zaklęciem szukania, aby ułatwić sobie w ten sposób zadanie. W hotelowej kuchni zaczęła sporządzać eliksir. Zabrakło jej kilku składników, które stały wysoko na półkach, więc wspięła się szybko i niezbyt ostrożnie, kiedy obcas jej trzewika zaplątał się w spódnicę poleciała w dół z wielkim hukiem i kłębami proszków, które już miała w misce. Narobiła takiego rabanu, że zlecieli się wszyscy.

Tymczasem Drusilla zatrzymała się na chwilę rozważając słowa Edwiny, że będzie szukała Marianny. Obrzuciła okiem ludzi, którzy znaleźli się w kuchni.

- Jejku, chyba coś jest nie tak. Ona  miała rację - nie ma nigdzie Marianny. Trzeba szybko ją odnaleźć. Mam tylko nadzieję, że nic się nie stało. Nie mogę tak biegać w tą i w tamtą stronę ani wołać głośno. Tak, potrzebuję pomocy. – skierowała pośpieszne kroki do pokoju. - Moje kochane dzieciaczki, czas na rozruszanie nóżek. Uczyłam Was latem zabawy w chowanego więc się pobawimy. Szukacie Marianny, wiecie, że nagroda będzie pyszna. Biegnijcie a ja za Wami, no już ...


Hedera nachylała się nad Edwiną, która przypominała obraz nędzy i rozpaczy. Rzuciła na nią zaklęcie, żeby nie mogła się odzywać przez chwile i pośpiesznie tłumaczyła:

- Posłuchaj chwilę, znamy się jak łyse konie, jesteśmy wiedźmami, wszystkie, spójrz – wyciągnęła z kieszeni zdjęcie – widzisz. Musisz wstać i nam pomóc, tu grodzi nam niebezpieczeństwo!

Edwina podniosła się z podłogi, a wraz z nią tuman kurzu z proszków, które ją pokrywały. Kaszlała otrzepując je ze swojej sukienki. 

- Kim jesteś? – spojrzała na Hederę.

- Nie ma na to czasu, idziemy! – zdecydowała wiedźma i pociągnęła siostrę za sobą.

Evanora zauważyła to samo co Drusilla. Nie było nigdzie Marianny. Domyśliła się, że siostra użyje pająków, ale może trzeba jakoś im pomóc? Poczekała aż wszyscy opuszczą kuchnię i sięgnęła po czarodziejską kulę. Hotel jest zbyt duży i niebezpieczny by latać na oślep. Gdy tylko dojrzała siostrę czym prędzej porwała ze swojego pokoju pelerynę niewidkę i różdżkę na wszelki wypadek. Miała nadzieję, że uda jej się  złapać Mariannę, wtedy zarzuci na nią pelerynę i ją wyprowadzi w bezpieczne miejsce

Przyczaiła się między krzakami. Nie mogła podejść. Widziała siostrę i tego człowieka, który stanowił niebezpieczeństwo. Szybko podjęła decyzję, że musi unieszkodliwić łowcę, może uda mi się zatrzymać go na parę minut przy pomocy różdżki, a wtedy zabierze Mariannę i uciekną. Zdołała wynurzyć się zza krzaków, żeby machnąć różdżką i ją dojrzał. Ale tu pojawiły się pająki, które pośpiesznie zaczęły tkać sieć. 

Łowca szedł za tą jedną, Myślała, że jest sprytna, ale on się nie dał nabrać, już prawie ją miał, gdy pojawiła się kolejna. Oczywiście to nie problem, z dwoma babami da sobie radę. Nie znają jego mocy – Cienia Płomienia, która mu towarzyszyła, mimo, że nie był czarownikiem. Dał krok w ich stronę i wtedy zauważył, że coś oplata jego nogi. To pająki, tkały szybko swą zdradziecką sieć.

Ezael zrozumiał, że pajęczyna go wciąga coraz mocniej, ale nie panikował. Wiedział, że tylko spokój może go uratować. Miał niewiele czasu. Sięgnął po zapalniczkę do kieszeni. Wiedźmy od razu zrozumiały, że to nie jest zwykły płomień, który nie poradziłby sobie z zaczarowaną pajęczyną. To był Cień Płomienia. Łowca próbował spalić pajęczyny. Pająki przecież boją się ognia. A czarownice również!, więc i one spłoną w tym świętym ogniu zemsty!

Aitana przyglądała się wszystkiemu z ukrycia

- Osz cholera… Edwina też nie miałaś kiedy stłuc sobie tego swojego zgrabnego dupska - myślała. - Co robić? Co robić?! Odciągnąć uwagę od dziewczyn czy lecieć po resztę? A co kiedy polecę, a on w tym czasie zrobi Evanorze i Mariannie krzywdę? Wiem! - Przywołuje jesiennego motyla czyli tutejszego wiedźmowego pupilka Gacka. Chwilę później przyczepiła nietoperzowi do łapek pakunek - stanik do którego włożyłam błękitną różę z hotelowego ogrodu. Ściągnęłaby pantalony, żeby Edwina miała jasną wiadomość ale tym razem musi wystarczyć stanik. Jej sukienka była zbyt kusa, żeby pozbywać się bielizny. Wysłała Gacka do Edwiny. Będzie wiedziała, gdzie jest pilnie potrzebna. Tymczasem ona weszła do ogrodu, robiąc wokół siebie mnóstwo hałasu i odwracając tym uwagę łowcy od dziewczyn. W myślach zaklinając, by wiedźmy zdążyły z pomocą na czas.

Drusilla zdołała dojrzeć magiczną zapalniczkę w dłoniach łowcy. 

- O nie, moje skarby... Tylko nie ogień, co robić... Widzę Aitanę, na moce piekielne, pomoc nadchodzi, ale czy zdąży. Szybko muszę stać się piękną nimfą i odwrócić jego uwagę. – machnęła nad sobą różdżką. -  Panie, cóż to. Czyżbyś obawiał się tych pajączków. Spójrz na mnie, jestem taka osamotniona. - Udało się, spojrzenie jego oczu mówiło samo za siebie. Drusilla była prawie naga, okryta zwiewna tkaniną, która więcej odsłaniała, niż zakrywała, Słodko się uśmiechała, tak niewinnie. Musiała tylko uważać, by nie zbliżył się do niej.

- Panie jestem taka spragniona, czy mógłbyś podać mi wina. Stoi tam na stole, ja nie dam rady... Te robaczki mnie przerażają, ale Ty... jesteś taki odważny. Łowca odwraca głowę w drugą stronę, ale nie może się poruszyć. Szarpnął nogą i więzy zaczęły zgrzytać i pękać w kilku miejscach. 

- Och nie! To niemożliwe! – przeraziła się Drusilla, ale właśnie w tej chwili z hotelu nadeszła pomoc. 

Gabriella machnęła różdżką kierując ją w stronę łowcy.

- Stój, jak żaba w błocie z rana,

 bez ruchu, bez słowa, jak reklama!

 Nie fika się, nie bryka, 

bo cię złapała moja dzika klika!

No co? – otrzepała sukienkę i odrzuciła włosy do tyłu. – Wkurzył mnie!


***

W zimnej kamiennej sali zebrały się wszystkie czarownice. Na środku stanął łowca – Ezael Cień Płonienia. Choć nie było wokół niego krat nie mógł się poruszyć spętany czarami, jakie go uwięziły. Czarownice stały wokół. W ich oczach czaił się ból, przerażenie, ale przede wszystkich chęć zemsty na tym człowieku, który pozbawił mocy inne siostry na całym świecie. 

- Łowco oskarżam Cię za naruszenie mojego domowego miru – zaczęła Melissanna – za przekroczenie progu mego domu, grożeniu moim gościom hotelowym, nieuzasadnionemu polowaniu na moje siostry i pozbawianiu ich mocy. O zranienie naszej najdroższej Strelicjany, która przez ciebie omal straciła wzrok. O odebranie mocy innym wiedźmom. Gdziekolwiek się pojawiłeś, mocą Cienia Płomienia siałeś strach i odbierałeś nam nasze prawa. A nikt tego nie może robić bezkarnie. My mamy prawo decydować o sobie, naszym losie i tym, kim chcemy być! To są niedopuszczalne czyny, które podlegają surowej karze. Zasłużyłeś na unicestwienie, na wieczną mękę w komnacie zapomnienia, z której nikt jeszcze nie powrócił. Ale tym razem chcę, żebyś poznał nasze miłosierdzie i wnioskuję, aby Łowca został wysłany na Wyspę Szeptów i tam spędził 25 lat w odosobnieniu! 

- Unicestwić go! – rozległy się głosy z otoczenia. 

- Precz z nim! Zasłużył na śmierć! 

- Zatrzymajcie się! – usłyszały władczy głos, który tak dobrze znały. Do sali wkroczyła Violande a tuż za nią szła piękna blondynka. Wzrok wszystkich natychmiast powędrował na jej ciążowy brzuszek.

- Zanim cokolwiek zdecydujemy w sprawie łowcy czarownic muszę powiedzieć coś ważnego. Jak wiecie, na każdy sabat przybywa przynajmniej jedna nowicjuszka. Tym razem jest to Rysionella. – Wskazała na czarownicę, która nie była pewna czy powinna tu być. – Znasz ją, prawda? – zwróciła się do łowcy. – Ezael, Cień Płomienia jest jej mężem.

Przez salę przetoczył się szmer niedowierzania.

Ezael milczał przez chwilę. Wokół unosi się zapach ziół i dymu, a ogień w czarowniczym kręgu trzaskał, jakby sam chciał wydać wyrok. Wpatrywał się w oczy Rysionelli, te same, które niegdyś lśniły w świetle świec w ich izbie, a teraz płonęły mocą i rozterką. Dobrze wiedział, że każde słowo może go zgubić… albo ocalić. Tak naprawdę, nie wiedział, co czynić. Chwila ciszy przeciąga się...

- Kochany mój. – Rysionella zbliżyła się do uwięzionego czarami męża. - Moje siostry czarownice, to cały mój świat i moja ostoja. To one stały za mną, gdy przeżywałam ciężkie kryzysy w ciąży. Ale ciebie mój mężu kocham nad życie. To tobie ślubowałam miłość po sam grób i chcę żeby tak było. Dlatego błagam cię, zaprzestań polowań i pozwól mi być szczęśliwą. Pełnia szczęścia, to dla mnie kochający dom, ty, ja, nasz syn, ale także moje siostry czarownice, które nie raz dały mi wsparcie. To one pomogą mi w wychowaniu naszego syna. Gdy je poznasz, przekonasz się, że nie są złem wcielonym, jakim je malujesz. To cudowne istoty, pełne dobra i ciepła i miłości. Niestety nie pozostawiasz mi wyboru, chcę cię ratować, ale to ty musisz wybrać - rodzina i zaprzestanie polowań, albo śmierć ze strony moich sióstr. Nie pozwól, żebym została sama ze złamanym sercem. Bez ciebie nie będę szczęśliwa, tak samo, jak bez moich sióstr. Spójrz w swoje serce i wybierz, to co dla ciebie liczy się najbardziej.

Ezael przyglądał się zgromadzonym czarownicom szukając w ich spojrzeniach choćby iskry litości, ale nie dostrzegał tego. Jedynie łzy w oczach swojej ukochanej.

- Rysionello, nie polowałem na czarownice z nienawiści. Polowałem, bo bałem się tego, czego nie rozumiałem. Bałem się mocy, która wymyka się spod ludzkiej kontroli. Jednak wybieram rodzinę, bo to w życiu jest najważniejsze. Nie chcę, by nasz syn wychował się w świecie, w którym ojciec nienawidzi matki za to, kim jest. Nie chcę, by wychowywał się beze mnie. 

Violande machnęła dłonią i wszelkie czary więżące Ezraela zniknęły. W kolejnej sekundzie przytulał już swoją ukochaną.

- Dlaczego mi nie powiedziałaś? – szepnął.

- A uwierzyłbyś mi, że jestem jedną z nich?

- No tak… - westchnął. – Powinienem się domyślić. Na mnie też rzuciłaś czar i zakochałem się w tobie.

- Nie Ezaelu. – Violande położyła dłoń na jego ramieniu. – Jeśli chodzi o miłość, to żadna z nas nie stosuje czarów. One nie trwają wiecznie. Gdybyś naprawdę nie kochał Rysionelli, wasza miłość już dawno by się wypaliła….


KONIEC 



Opracowanie tekstu: Jolanta Bartoś 

W pisaniu pomagały mi wiedźmy:

Melissanna -  Magdalena Hupało

Evanora – Ewa Szczęsna

Gabriella – Katarzyna Góral

Edwina – Edyta Synyszyn

Aitana – Anita Walczak

Hedera – Bogna Bendzieszak 

Marianna – Martyna Bąk

Drusilla – Dorota Staniszewska 

Violande – Jolanta Bartoś


Po raz pierwszy na sabacie

Rysionella – Monia Zielona 

Ezael Cień Płomienia – Michał Machnacki 

sobota, 27 września 2025

Jolanta Bartoś - "Zmowa milczenia" [PATRONAT MEDIALNY] ,

 


AUTOR: Jolanta Bartoś

TYTUŁ: "Zmowa milczenia"

WYDAWNICTWO Literackie Białe Pióro

ROK WYDANIA: 2025 

LICZBA STRON: 270



Ostatnio mam szczęście do świetnych książek. Takich, które praktycznie same się czytają, słychać tylko szelest przewracanych kartek i wzdychnięcie przy ostatniej stronie. Jak to, to już koniec. Niemożliwe…

Do takich właśnie powieści mogę zaliczyć mój patronat medialny u Jolanty Bartoś. Powieść “Zmowę milczenia” przeczytałam w jeden dzień. Nie mogłam się od niej oderwać, z każdą przeczytaną stroną, byłam coraz bardziej zaintrygowana, co będzie dalej. Może jednak po kolei… Naświetlę Ci najpierw trochę fabuły.

Alicja Mosiczuk jadąc do pracy, zauważa między drzewami gęsty dym, wydobywający się z małego domu. Wokół niego krąży chłopiec. Kobieta udaje się w tamtą stronę. Po dotarciu dowiaduje się od chłopca, iż w domu jest jego mama. Powiadamia straż pożarną, sama próbuje dostać się jakoś do środka. Gdy już prawie ma wchodzić, powstrzymują ją strażacy, którzy dotarli już na miejsce. Wkrótce wynoszą kobietę. Niestety nie udaje się jej uratować. Na miejsce zdarzenia przybywa również ojciec, który był w pracy. Syna odwozi do cioci, składa zeznania i… dalej koniecznie musicie sami poznać tę historię.

Fabuła została bardzo dobrze skonstruowana, powoli odkrywa przed nami wszystkie tajemnice, łączy je ze sobą i odsłania dalsze poczynania naszego winowajcy. “Zmowa milczenia” naprawdę wciąga, będziesz przewracać kartki i się zastanawiać, kto jest winien? A właściwie, nie kto, tylko czy to na pewno on. Jak doszło do tej tragedii? Do czego jest zdolny człowiek? I czy naprawdę można tak zastraszyć ludzi? Taka mała wioska, wszyscy wszystko wiedzą, ale z jakichś przyczyn, boją się mówić. Prawdziwa zmowa milczenia. Co jeszcze musi się stać, aby ludzie “puścili parę z ust” i wspomogli śledczych? A dzieje się naprawdę dużo. Jolanta Bartoś w swej powieści poruszyła również bardzo ważne tematy, takie jak trauma Mikołaja po śmierci matki w pożarze, przemoc domowa, zastraszanie, elementy stalkingu, naruszenie prawa, zakłamanie. Autorka umiejętnie manipuluje czytelnikiem, zanim ostatecznie odkryje wszystkie karty.

Dodatkowo powiem ci, iż bohaterowie są doskonałe wykreowani. Zostały wręcz nakreślone ich portrety psychologiczne. Poznajemy ich w najdrobniejszych szczegółach. Widzimy, do czego są zdolni. Bardzo polubiłam Alicję oraz Dorotę Staniszewską, ciocię Mikołaja. Dorota otrzymuje mnóstwo ciosów od życia, a jednak się nie poddaje, dąży do poznania prawdy, wie kto jest winien, kto za to odpowie. Tylko kwestia udowodnienia mu tego jest bardzo trudna. Jednak nie ma winy bez kary, o czym i tutaj możemy się przekonać.

Gdybym miała polecić powieść jednym słowem, powiedziałabym, iż jest rewelacyjna. Polecam! Czytaj!



Za możliwość przeczytania, objęcia patronatem medialnym i zrecenzowania dziękuję Autorce oraz Wydawnictwu




środa, 21 maja 2025

Jolanta Bartoś – „Trolle” [PATRONATMEDIALNY/RECENZJA]


 

Autor: Jolanta Bartoś
Tytuł: „Trolle”
Wydawnictwo Literackie Białe Pióro
Rok wydania: 2025
Liczba stron: 72


Nie wiem, czy pamiętasz, ale przy patronacie bajki „(Nie)zwykła córka” napisałam, że to druga bajka Jolanty Bartoś, ale na pewno nie ostatnia. Moje przeczucie mnie nie zawiodło i mogę napisać, że „Trolle” to kolejna bajka Autorki, którą wzięłam pod swoje skrzydła – objęłam swym patronatem medialnym.

Czytasz bajki? Dzieciom? Wnukom? Sobie? Czy może uważasz, że dorosłemu nie przystoi sięgać po takie książeczki?

Mnie często zdarza się sięgać po bajki. Niekiedy czytam dzieciom, a niekiedy dla własnej przyjemności. Z prawie każdej bajki wypływa morał, który otwiera oczy młodego człowieka na problemy tego świata. Z tej również płynie, ale o tym za chwilę.

Najpierw spójrz na okładkę – piękna, prawda? Taka sielska, niby spokojna, ale... nie do końca, bo w rogach czają się trolle. Co one tu robią? Jaką odegrają rolę? Dowiesz się w trakcie czytania.

Okładka to jeszcze nie wszystko, kiedy otworzysz książeczkę, znajdziesz w niej obrazki, które twoje dziecko będzie mogło pokolorować podczas wspólnego czytania lub po przeczytaniu. Muszę przy tej okazji dodać, że ilustracje, jak i sama okładka jest autorstwa Jolanty Bartoś. 

Piękna okładka, ilustracje do pokolorowania, a jaka jest treść? Czy bajeczka jest wartościowa dla maluchów? Przeczytaj i się przekonaj.

Mnie „Trolle” zaciekawiły od pierwszej strony, kiedy to w progi domku babci zawitały wnuki – Kuba i Oleńka. Powitała ich babcia, ale też rozniosło się radosne szczekanie ich ulubieńca – Dyzia, psa maltańczyka. Dzieci szybko zadomowiły się u babci, polubiły swój pokój i wydawać, by się mogło, że wakacje będą udane, wesołe i radosne. Jednak Kuba ma swoje za uszami. Często zdarza mu się być niemiłym i niegrzecznym dla Oli – nie chce się z nią bawić, nie chce jej czytać, psoci, kłamie. Po prostu nie jest dobrym bratem. Czy babcia sobie z nim poradzi? Jednego wieczoru poznają bajkę o trollach... Oleńka zaczyna się ich bać, Kuba się z niej śmieje... Do czasu... Oleńka znika... Co się z nią stało? Gdzie się podziała? Co zrobi Kuba? Zachęcam Was do przeczytania i poznania tej historii. 

„Trolle”  to bajeczka o dobrym i złym zachowaniu, o konsekwencjach wynikających z takiego postępowania.  Zawiera przesłanie, zachęca do rozmów podczas czytania, dostarcza emocji. Czyta się ją szybko, bo historia jest niepokojąca, ale równocześnie daje nadzieję, że wszystko może się dobrze skończyć. To niezwykła bajka, bardzo emocjonalna, wywołująca różne uczucia. Podczas czytania czasami się uśmiechamy, innym razem złościmy, czasami strach zagląda nam w oczy, czy Kuba zdąży. Ta bajka jest dla każdego, niezależnie od wieku.

Dlatego, jeśli szukasz ciekawej bajki z morałem, to koniecznie sięgnij po „Trolle”. Usiądź wygodnie, otul się kocem i wkrocz w świat tych istot. Zobacz, co się stanie, gdy już tam trafisz... Tylko uważaj, żeby zdążyć, wrócić na czas. Polecam!


Za możliwość przeczytania, zrecenzowania i patronowania dziękuje Autorce – Jolanta Bartoś oraz





)

środa, 30 października 2024

Jolanta Bartoś – „(Nie)zwykła córka” [recenzja patronacka]

 



Jak myślisz, czy tylko dzieci mogą czytać bajki? Czy dorośli też powinni się z nimi zapoznawać? Masz na ten temat swoje zdanie?

Sama lubię niekiedy sięgnąć po jakąś bajkę od czasu do czasu. Tym bardziej z przyjemnością objęłam patronatem „(Nie)zwykłą córkę” Jolanty Bartoś.  To druga bajka w dorobku autorki i coś mi się wydaje, że na pewno nie ostatnia.

Zanim powiem ci kilka słów o fabule, chciałabym,  abyś zerknęła na okładkę. Piękna, prawda? Kiedy na nią patrzę, widzę radosną, szczęśliwą dziewczynkę ze swoją maskotką. Taką zadowoloną, w otoczeniu przyrody. Ona sprawia, że uśmiech sam wychodzi na moją twarz. Ta dziewczynka to wnuczka autorki. Uważam, że Jolanta Bartoś miała bardzo oryginalny pomysł. Okładka to jeszcze nie wszystko, kiedy otworzysz książeczkę, znajdziesz w niej obrazki, które twoje dziecko będzie mogło pokolorować podczas wspólnego czytania lub kiedy skończycie już czytać. Ilustracje w bajeczce również są autorstwa autorki. 

Piękna okładka, ilustracje do pokolorowania, a jaka jest treść? Czy bajeczka jest wartościowa dla malucha?

Był sobie król, była sobie królowa... ale nie, nie, nie będzie sielsko... Para królewska żyła sobie szczęśliwie przez kilka lat, aż ich spokój zakłócił brak dziecka. Wyczekiwali na nie z niecierpliwością, ale los im nie sprzyjał. Dlatego wzięli sprawę w swoje ręce i zdecydowali się na adopcję. Po kilku miesiącach się im udało. Od tego momentu są taką zwykłą/niezwykłą rodziną. I pewnie myślicie, że odtąd ich życie było idealne. Owszem byli bardzo szczęśliwi, ale wydarzyło się coś strasznego... ich córeczka pewnego dnia znika. Jesteś ciekawa dlaczego? To przeczytaj.

Książeczkę przeczytałam bardzo szybko. Jest ciekawa, ciepła i terapeutyczna. Temat w niej poruszony jest bardzo trudny. Pewnie wiele rodzin zastanawia się, jaką podjąć decyzję, jeśli ich dziecko jest adoptowane. Jedni rozmawiają o tym z dzieckiem, inni ukrywają. Co jest najlepsze dla dziecka? Myślę, że prawda. 

Bajka Jolanty Bartoś może w tym bardzo pomóc. Autorka poprzez postacie zwierzęce przybliża i tłumaczy w prosty sposób trudny temat adopcji. Nie każdy może mieć dzieci, ale też nie każdy chce być rodzicem. Różne scenariusze pisze nam życie. (Nie)zwykła córka ukazuje, że rodzic adopcyjny bardzo kocha swoje dziecko, mimo że nie jest tym biologicznym. Dziecko jest całym światem, chce dla niego jak najlepiej. Pragnie być przy nim w każdej jego chwili życia. Dzięki tej bajce dzieci mają szansę zrozumieć, czym jest adopcja, dlaczego do niej w ogóle dochodzi. Książeczka jest drogowskazem, jak mądrze rozmawiać, jak przedstawić ten temat naszym pociechom.  

Polecam ci tę bajeczkę. Przeczytaj, porozmawiaj, pokoloruj. Niech ona skłoni cię do własnych refleksji.


Za możliwość przeczytania, objęcia patronatem medialnym i zrecenzowania dziękuję Autorce i Wydawnictwu



sobota, 6 lipca 2024

Jolanta Bartoś – „Legenda” [PATRONAT MEDIALNY/RECENZJA]


 

Autor: Jolanta Bartoś

Tytuł: „Legenda”

Wydawnictwo Literackie Białe Pióro

Rok wydania: 2024

Liczba stron: 246



Dawno, dawno temu często słuchałam różnych legend, baśni, historii rozbudzających wyobraźnię, ale i wywołujących lęk, a nawet przerażenie. Często babcie, czy ciocie opowiadały mi o strzygach, czarownicach, upiorach, rusałkach, olbrzymach, czy innych takich postaciach... Po niektórych ciężko było zasnąć. Ty też znasz takie legendy?

Czemu o tym Ci wspominam? Bo niedawno miałam przyjemność przeczytać i objąć swym patronatem medialnym powieść Jolanty Bartoś pt. „Legenda”. Ta historia przeniosła mnie do dziecięcych lat. Masz ochotę przeczytać kilka słów na jej temat? 

Zanim jednak napiszę coś o fabule, to spójrz na okładkę powieści. Co o niej myślisz, gdy na nią patrzysz? Dla mnie jest ona genialna, idealnie pasuje do treści i oddziałuje na wyobraźnię.

W powieści poznajemy dwie siostry Rozalię i Lilianę, które jako małe dziewczynki często wsłuchiwały się w historie opowiadane przez babcię. Liliana była tą, która wierzyła w opowieści staruszki, natomiast Rozalia traktowała to z przymrużeniem oka... do czasu... Babcine legendy wróciły do niej niespodziewanie pewnego dnia. Nieoczekiwanie Liliana udała się do Waliszewa, a jej chłopak pojawił się u Rozalii po „Bestiariusz”, który ponoć był potrzebny jej siostrze. Ta dziwna sytuacja jest początkiem zdarzeń, które trudno będzie zatrzymać. Rozalia postanawia zawieźć książkę osobiście, choć zdaje sobie sprawę, że Liliana zna ją na pamięć. Wyrusza w ślad za siostrą i trafia w miejsce, gdzie nic nie jest takie, jak mogłoby się wydawać. Poszukiwania siostry zaprowadzą ją najpierw do zajazdu Joanny Czarnotty, a później do domu Michała Machnackiego. Rozalia przekonuje się, że świat, w którym się znalazła, jest tym z opowieści babci, gdzie dobro walczy ze złem... Prastara klątwa wychyla się z zakamarków, a przeznaczenie nie pozwoli jej odejść. Świat z prastarych słowiańskich legend jest realny, a zło czające się wokół bardziej śmiertelne i mroczne. Jak to wszystko się skończy? Czy odnajdzie siostrę? Co się dzieje w Zajeździe Czarnotta? Kim jest Michał? Jeśli jesteś ciekawa, to koniecznie sięgnij po „Legendę”. 

Bohaterowie zostali wspaniale wykreowani. Są z krwi i kości, prawdziwi do bólu. Mają określone zadania do wypełnienia. Bardzo się z nimi zżyłam i trochę mnie autorka zdenerwowała, gdy z jednym bohaterem postąpiła nie po mojej myśli. No cóż, muszę się z tym pogodzić, bo to ona stuka w klawiaturę i wymyśla dla nas treść. Chociaż jestem bardzo ciekawa, co Ty powiesz na ten temat po przeczytaniu.

„Legenda” na długo pozostanie w mej pamięci. Czytałam ją z zapartym tchem, ciężko było mi ją odłożyć, chociaż na chwilę, gdyż od razu odczuwałam niepokój o dalsze losy bohaterów. Wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach, ciekawość zżerała od środka. A co, jeśli jest jakaś równoległa rzeczywistość? Może tylko nie wiemy, jak do niej nie trafić. Na kartach powieści razem z bohaterami walczyłam ze złem i ciężką do odwrócenia klątwą. Toczyłam walkę z nieuchronnym przeznaczeniem, które spychało bohaterów w objęcia śmierci, ale też poznałam stwory, o których wolałabym zapomnieć i nie spotkać na swojej drodze. Autorka pokazała również siostrzaną miłość, rodzącą się przyjaźń, której dawałam szanse na coś wielkiego. Powiem ci, ostatnia strona i napis koniec nastąpił zbyt szybko i zostawił mały niedosyt. To nie tak miało się skończyć. Rozumiem już teraz czytelników, którzy mają ochotę „udusić autora”, za losy bohaterów i za skończenie w momencie, gdy z całego serca chcesz więcej.

Podsumowując, z całego serca polecam Ci tę powieść. Usiądź wygodnie i daj się ponieść niezwykłej legendzie, która niemal natychmiast porwie cię w macki emocji i nie wypuści do ostatniej strony.



Za możliwość przeczytania, zrecenzowania i patronowania dziękuję autorce – Jolancie Bartoś 

oraz 



sobota, 23 grudnia 2023

Przy wigilijnym stole, czyli spotkania w Hotelu Marzenie.

 



Magda weszła do swojego pokoju. Lubiła tu przesiadywać, gdy nie musiała zajmować się gośćmi w hotelu, a w okresie świąt Bożego Narodzenia było ich znacznie mniej niż zazwyczaj. Wiedziała, że goście lubią tu przyjeżdżać ze względu na klimat, jaki zapewniała. To nie był zwykły hotel, jakich wiele w mieście. Każdy pokój to mały apartament, w którym goście czuli się jak w domu. 

Jej stary fotel, stojący obok kominka, pamiętał czasy przedwojenne, ale za nic nie oddałaby pamiątki po babci, o którą dbała przez wszystkie lata. Fotel, nie był już tak wygodny, jak kiedyś. Czuła, że któraś sprężyna jest zbyt mocno wysiedziana, a inna lekko się przechyliła na bok, uciskając boleśnie w pośladek. Tak czy inaczej, fotel wymagał renowacji jak najszybciej.

Rzuciła na siedzisko miękką poduszkę, bo zamierzała przeczytać kilka listów, które czekały na nią już od paru dni. Podeszła do kredensu i wyjęła kilka ciasteczek korzennych. Do pachnącej aromatycznej gorącej czekolady pasowały idealnie. I wreszcie mogła poczuć Magię zbliżających się Świąt.

Dorzuciła jeszcze do kominka kilka polan, żeby ogień nie przygasł, a jej będzie przyjemnie w cieple przeczytać listy. Nie wiadomo skąd pojawił się kot Maniek, który zdążył już wyciągnąć się na fotelu swoim przeciągłym „miauuuu” oświadczył, że to jego miejsce i nie zamierza się cofnąć. Ale Magda natychmiast się go pozbyła, rzucając mu piłeczkę z kocimiętką, której zapach zniewalał każdego kota.

Sięgnęła po pierwszą kopertę. Była urocza, ozdobiona bombkami, więc spojrzała jeszcze na nadawcę. Anna Krasnodębska. Uśmiechnęła się, widząc nadawcę. Uwielbiała czytać recenzje książek, które Ania zamieszczała na swoim blogu „Zaczytana rolniczka”.


Droga Magdaleno,

Piszę do Ciebie ten list, ponieważ muszę Ci coś opowiedzieć. Podzielić się z Tobą historią, która przydarzyła mi się w święta.

W ubiegłym roku rozpoczęłam dość wcześnie przygotowania do obchodów Bożego Narodzenia. Już od tygodnia wszystko planowałam. Robiłam zakupy, odbierałam koncepcje każdego stroiku, ubioru choinki oraz dekoracji stołu wigilijnego. Czułam wewnętrzną potrzebę, by tym razem wartość tego magicznego czasu podkreślić jeszcze bardziej.

Zgodnie z tradycją więc, w dzień Wigilii zniosłam ze strychu wszystkie bombki i łańcuchy, jakie posiadam. Nucąc cicho kolędy, ubrałam najpiękniej, jak potrafiłam to żywe, pachnące lasem zielone drzewko w srebrno-białe ozdoby. Rozciągnęłam po całości kolorowe lampki, by mogły wieczorem cieszyć oczy. Powiesiłam również na niej plastry pomarańczy z goździkami i w całym salonie roztaczał się ich piękny zapach.

Zaraz potem zabrałam się do szykowania kolacji. Oczywiście miało pojawić się na niej dwanaście potraw. Dzieci zgodnie obiecały, że przygotowują część i przyniosą ze sobą. Ja za to własnoręczne tradycyjne pierogi z kapustą i grzybami oraz uszka lepiłam z taką zaciętością, że mało brakowało, a przypaliłabym świąteczny bigos.

Wiesz Magdaleno, że jestem bardzo skrupulatną osobą i bardzo cenię sobie nasze polskie zwyczaje. Dlatego nawet po sianko udałam się do pobliskiego gospodarza. Chciałam, by każdy z domowników po wieczerzy sięgnął pod biały obrus i wyciągnął spod niego jedno źdźbło, Zawsze jest przy tym mnóstwo śmiechu. Komu trafi się to ładne i będzie wiodło się cały rok, a komu to skromne.

Nakrywanie do stołu tak mnie pochłonęło, że zostało mi mało czasu na ogarnięcie siebie samej. W pośpiechu więc powiesiłam jeszcze gałązkę jemioły nad zastawionym stołem, by przyniosła nam szczęście i pobiegłam się odświeżyć. W ostatniej chwili zdążyłam jeszcze ustawić prezenty pod choinką, kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi.

Równocześnie jak na zawołanie zjechały się moje dzieci ze swoimi rodzinami. Brakowało tylko Kasi, ale ona już kilka lat mieszka w Londynie i przyzwyczaiłam się do samych życzeń, które mi co roku przysyła.

Kiedy na niebie pojawiła się pierwsza gwiazdka, wszyscy razem zasiedliśmy do stołu. Syn włączył naszą ulubioną kolędę i z głośników cichutko popłynęło „Cicha noc”. Odmówiliśmy wspólnie modlitwę i podzieliliśmy się opłatkiem, składając sobie życzenia. Podczas kolacji wigilijnej z utęsknieniem  coraz spoglądałam na dodatkowe nakrycie dla zbłąkanego wędrowca, myślami kierując się ku Kasi. Życzyłam jej wszystkiego najlepszego oraz szybkiego powrotu do domu, by nie musiała już więcej świąt spędzać samotnie i gdzieś daleko. Po wieczerzy przenieśliśmy się bliżej choinki.

Wnuki z niecierpliwością wpatrywały się w rozświetloną kolorowym blaskiem, wysoką pod sam sufit choinkę. Radość rozpakowywania prezentów przerwał nam niespodziewany dzwonek do drzwi. Zaskoczona podeszłam i otworzyłam je z impetem, ciekawa, któż to może być o tej porze. Może ktoś potrzebował pomocy.

Moim oczom ukazała się postać w głębokim kapturze, z walizką przy nodze, stojąca tyłem do mnie. Na moje „Dobry wieczór” tajemniczy gość odwrócił się i zdjął kaptur. Nie uwierzysz Madziu, jaka była moja radość i jednocześnie zaskoczenie, gdy zobaczyłam, że przede mną stoi moja Kasia!

Nikt nie powie mi więc, że marzenia się nie spełniają, a Wigilia to nie jest noc cudów. Narodził się Pan Jezus i narodziła się we mnie nadzieja, że już zawsze będziemy razem.

Z ogromną radością, Magdo, pragnę złożyć Ci życzenia świąteczne jeszcze raz oraz życzyć Ci wszystkiego najlepszego na ten nadchodzący 2024 rok. By nowo narodzone Dziecię błogosławiło Ci każdego dnia, a nowy rok przyniósł jak najwięcej łask bożych.

Dużo zdrowia kochana. Z całego serca życzę Ci też, by to na co czekasz i czego bardzo chcesz, spełniło się.

Ściskam

Anna”




Magda wytarła łezkę, która pojawiła się w oku. Z całą pewnością czuła tę radość, kiedy Anna zobaczyła w drzwiach swoją córkę. Nie wyobrażała sobie, że w czasie Wigilii mogłoby kogoś zabraknąć przy stole. To taki czas, kiedy rodzina powinna być razem.

Przegryzła ciasteczko, które miało być osłodą, po tak wzruszających wspomnieniach Ani i sięgnęła po kolejny list.

Tym razem koperta była zielona z porozrzucanymi gwiazdkami. To Grażyna Wróbel, blogerka „Czytaninki” wybrała taką oryginalną oprawę do swojego listu. Magda rozerwała kopertę i szybko zanurzyła się w jego lekturę.

„Kochana Przyjaciółko,

Zbliżamy się do grudnia, a więc trzeba będzie rozpocząć przygotowania do Świąt. W tym roku pierwszy raz postanowiliśmy z mężem spędzić Święta w swoim domu. Nasz powrót do domu wiąże się z ogromem pracy, gdyż czeka mnie umycie wielu okien, wysprzątanie całego domu. Czeka nas również kupno choinki. Nie będzie ona żywa, ale sztuczna. Marzy mi się piękna, zielona, a przede wszystkim gęsta choinka. Choinka, która nie będzie miała na sobie tony światełek i bombek o różnych kolorach. Zdecydowanie postawiłabym na jeden, maksymalnie dwa kolory, być może byłby to kolor niebieski i srebrny. Jeszcze pomyślę. Mamy też dużego renifera, którego też będzie trzeba gdzieś ulokować. Oprócz tego pojawią się inne ozdoby świąteczne, w tym z całą pewnością skrzaty. Dwa ładne udało mi się zakupić w tym roku we Francji, więc z całą pewnością znajdą swoje miejsce i dołączą do pozostałych.

Jeśli chodzi o przygotowanie potraw świątecznych, to z całą pewnością znajdzie się ich dwanaście, jak nakazuje tradycja. Podstawa u nas jest zupa rybna (dla mnie), barszcz czerwony (dla męża), sałatka jarzynowa, kapusta z grzybami (wcześniej własnoręcznie zebranymi w lesie), karp (dla męża, ja nie lubię), dorsz, kapuśniaczki (pierożki w cieście z kapustą i grzybami), z całą pewnością jakieś śledzie. Również pojawiają się ciasta, tradycyjnie sernik, który uwielbiam, na inne nie mam jeszcze pomysłu, ale coś się wymyśli. Jako że ja nie przepadam za gotowanie, większość potraw wykona mąż, ja oczywiście pomogę, przy czym będę mogła. Sałatkę jarzynową oraz ciasta wezmę na siebie.

Najgorsze zadanie dla mnie związane ze Świętami Bożego Narodzenia to kupno prezentów. Nigdy nie wiem, co można komuś kupić (nawet jeśli chodzi o drobnostki), aby był zadowolony. Najtrudniej kupuje się dzieciakom, które każdego roku są coraz większe i zmieniają się im zainteresowania. Zdecydowanie łatwiej kupić coś żeńskiej części, aniżeli męskiej. Jeśli mowa już o prezentach, to muszę również wspomnieć, że mąż kompletnie mi w tym kupowaniu nie pomaga, więc to zawsze leży na mojej głowie.

Myślę, że poniekąd magia świąt gdzieś po trochu zaginęła, a to chyba z tego powodu, że obecnie nasze Boże Narodzenie rzadko kiedy jest białe. Śnieg w święta powinien być i chociaż nie lubię zimy, to jednak ta biel w ten czas sprawia, że człowiek inaczej patrzy na ten okres. Z okna domów wówczas są piękne widoki, a śnieg utrzymujący się z lekkim mrozem na gałęziach drzew potrafi robić naprawdę piękny krajobraz.

Mam nadzieję, że Święta w tym roku będą i dla Ciebie cudownym czasem, że los zechce obdarzyć nas w ten czas piękną puchatą bielą i cudowną atmosferą pozbawiona wszelkich nieporozumień.

Ściskam mocno, życząc Ci zdrowych i spokojnych Świąt.

Grażyna”




- No tak... – Westchnęła Magda. – u nas też jest bez śniegu. – Zerknęła jeszcze raz w okno, ale doskonale wiedziała, że wciąż utrzymują się dodatnie temperatury, co wykluczało białe święta. Nie to, co czasy, gdy sama była dzieckiem, a wyprawa na Pasterkę była nie lada wyczynem przy ówczesnych mrozach i ilości śniegu, jaki zasypał Polskę. I jakoś nikt wtedy nie narzekał, że drogowcy zaspali. Zwyczajnie, mało kto posiadał samochód, wobec czego prawie zawsze i wszędzie chodziło się pieszo, a wszystkie zakupy mama taszczyła do domu w rękach.

- Jak my wtedy żyliśmy? – zastanawiała się przez chwilę.

Maniek zamruczał obok jej nogi, ocierając się i domagając się uwagi, ale na jego panią czekało jeszcze kilka listów, więc tylko odruchowo pogłaskała kota i sięgnęła po kolejną kopertę, z piękną kolorową choinką obok adresata.

W tym pięknym opakowaniu był list od Danieli „Książka i góry”

„Witaj Madziu.

Chciałam Ci dzisiaj opowiedzieć o niezwykłym czasie, jaki teraz właśnie przeżywamy, jest to czas Adwentu, jak wiesz wesołe oczekiwanie na narodzenie Jezuska. Dzieci już nie mogą się doczekać Wigilii, wiadomo kolacja, wypatrywanie pierwszej gwiazdki i szukanie prezentów pod choinką. Po kolacji, którą tym razem zjemy u siebie w domu, pojedziemy w odwiedziny do Dziadka, podzielimy się opłatkiem z Nim i moimi Braćmi. Pośpiewamy kolędy, dzieci będą bawić się z pieskiem Kajtusiem, mały kundelek, a tyle radości. Następnie wrócimy do domu, bo wiadomo, skoro święta to musi być Kevin, to już chyba taka tradycja. Będzie film, kompot, serniczek i wspólne wyjście na Pasterkę. Zapędziłam się i już opisałam Ci całą wigilię, a zapomniałam wspomnieć, co nas czeka w grudniu.

Dziś jest Mikołaj, dzieci były w szkole i przedszkolu, otrzymały prezenty. Było bardzo wesoło i radośnie. Poranek w domu też był wesoły, wstali już o 6 rano, choć na co dzień ciężko im o 7 wstać. Szukali, co im Mikołaj zostawił. Pierwsza córcia znalazła swój prezent, ale było radości! Syn też odnalazł niespodziankę. Serce się raduje na te szczęśliwe buźki dzieci. W sobotę planujemy piec pierniczki. Emilia zapowiedziała, że muszą być co najmniej cztery blachy, żeby starczyło do przedszkola, na choinkę, no i dla Ciebie Madziu też. Tradycyjnie zostawimy paczuszkę z pierniczkami. Pamiętasz o naszych planach na wyjazd do Krakowa? Dzieci i ja nie możemy się doczekać Jarmarku Bożonarodzeniowego i czasu, który spędzimy razem.

Pozdrawiam Cię cieplutko i do szybkiego zobaczenia w Krakowie.

Daniela”

Oj, jak bardzo stęskniła się za łobuziakami  Danieli, chociaż doskonale pamiętała, że za każdym razem, jak gościła przyjaciółkę w hotelu, musiała im dawać najodleglejsze pokoje lub wręcz izolować od innych gości. Dzieci to był wulkan energii, które zagadywały każdego gościa, nieważne, czy go znały, czy nie. Po prostu śmiech i psoty były na porządku dziennym. I nie wydawało się, że kiedykolwiek z tego wyrosną.

Magda sięgnęła po kolejny list, który czekał jeszcze nieotwarty. Tym razem koperta była tradycyjnie biała, ale świąteczne znaczki przyciągnęły wzrok adresatki. Pamiętała, że kiedyś wujek namiętnie zbierał przeróżne, a klasery z najróżniejszą zawartością dumnie prezentował gościom, chwaląc się przy tym unikatowymi, które udało mu się zdobyć z korespondencji zagranicznej. Było to o tyle trudne, że w czasach jego młodości, rzadko kto dostawał list z zagranicy.

Tym razem blogerka „Wierszowanych recenzji” Dominika Kus była autorką tego listu.

„Droga Magdo!

Co u Ciebie słychać? Jak w tym roku spędzasz Święta Bożego Narodzenia? Ja nie mogę się ich doczekać. To taki magiczny czas, pełen miłości i rodzinnego ciepła. Raduje się moje serce, kiedy co roku widzę, jak dzieci czekają na Świętego Mikołaj. Przypomina mi się wtedy moje dzieciństwo, kiedy leżałyśmy z siostrą w łóżku i nasłuchiwałyśmy jego kroków, szmeru dzwoneczków, szumu papieru, czegokolwiek, co zdradzi, że to On. Nigdy nie udało nam się go nakryć, zawsze zasypiałyśmy, hahaha. To takie cudowne, kiedy, po latach, córeczka pyta „Mamo, przygotujemy mleczko i ciasteczka dla Mikołaja?”

Co roku pieczemy pierniczki, pakujemy w folię i przyozdabiamy wstążeczką. Zabieramy je na Wigilię, by obdarować nimi rodzinę. Radość z dekorowania i pieczenia to wyjątkowy czas spędzony z dziećmi. Nie wiem, czy bardziej cieszę się ja, czy one. A w Wigilię, przy kolędach i świątecznych piosenkach, ubieramy choinkę, nucąc nasze ukochane „Last Christmas”. Tę magię czuć od rana. To taki wyjątkowy dzień w roku.

Wieczorem czekamy na pierwszą gwiazdkę i barszcz z uszkami, który smakuje wyjątkowo tylko w Święta. Oprócz barszczu uwielbiam kluski z makiem oraz pierogi z kapustą i grzybami. I makowiec. Tak, makowiec musi być! Nie ma Świąt bez drożdżowego makowca.

Mamy jeszcze taką coroczną tradycję (poza pieczeniem pierniczków i ubieraniem w Wigilię choinki). Zawsze przed świętami odwiedzamy wieczorem Jarmark Bożonarodzeniowy. Ten klimat nastraja: świecą gwiazdy na niebie, w drewnianych budkach, oprószonych śniegiem można poczuć zapach świeżego kołacza, wiejskiej kiełbaski, orzechów w karmelu, pooglądać aniołki, kupić bajkowe ozdoby, skosztować grzanego wina w specjalnie przygotowanym na tę okazję buciku. Kochana, czy wiesz, że co roku bucik ma inny kolor, bo wiele osób je kolekcjonuje? A ja z Natalką uwielbiamy odwiedzać Galerię św. Mikołaja. To taki kolorowy labirynt z mnóstwem zabawy. Jak przyjedziesz na Sylwestra, to zabierzemy Cię tam. Zobaczysz, jak będzie cudownie.

Życzę Ci Zdrowych, Wesołych i Spokojnych i Magicznych Świąt. Do zobaczenia.

Pozdrawiam serdecznie.

Dominika”.

Magda sięgnęła po kota, który już bardzo natarczywie domagał się pieszczot. Posadziła go na kolana i pogłaskała, podając jednocześnie na dłoni kawałeczek ciastka korzennego. Ale kociak tylko powąchał i skrzywił się.

- A co myślałeś, że co ja tu mam? Tylko ciasta i listy pełne pachnących wigilijnych potraw.

Potarmosiła zwierzaka po czuprynce, ale ten niezadowolony zeskoczył na podłogę i z dumnie wyprostowanym ogonem odszedł majestatycznym krokiem okazując swoje niezadowolenie.

- No trudno – westchnęła Magda. – Teraz muszę odpisać i życzyć moim koleżankom nie tylko zdrowych, ale najszczęśliwszych świąt. Mam nadzieję, że spełnią się wszystkie ich marzenia i plany.



KONIEC               





W projekcie udział wzięli:

Anna Krasnodębska – „Zaczytana Rolniczka”

Grażyna Wróbel – Czytaninka

Daniela Książka i Góry

Dominika Kus – Wierszowane recenzje

Opracowanie tekstu: Jolanta Bartoś